Odcinek #12 Potworna epidemia 1709 roku

Odcinek #12 Potworna epidemia 1709 roku

Zaraza wybuchła gdzieś na południu Rzeczpospolitej – pierwsze znane ognisko choroby to Pińczów. Odpowiedzialnością za dżumę obarczono szwedzkie bataliony, które na rozkaz Karola XII niespodziewanie skutecznie rozdeptywały pola bitewne od Krakowa aż po czernihowski Baturyn. Podczas wielkiej wojny północnej Rzeczpospolita była polem bitwy, na którym ścierały się wojska szwedzkie, rosyjskie i saskie, zaś Polacy walczyli ze sobą podzieleni na dwa obozy – zwolenników Augusta II i Stanisława Leszczyńskiego. Zaraza rozpoczęła swoją krwawą wędrówkę na północ – od Krakowa i Lwowa, przez Poznań, aż do Bydgoszczy i Torunia. Pod koniec 1708 roku, pojawiła się wreszcie na gdańskich przedmieściach, a wkrótce przedostała się również za mury samego miasta.

Chociaż mór pełzł powoli, miasta północnej Rzeczypospolitej początkowo nie traktowały zagrożenia poważnie. Od ostatniej wielkiej epidemii minęły już długie dziesięciolecia. Jednak szybko okazało się, że nadzieja na uniknięcie dżumy była płonna. Kiedy Szwedzi przywlekli dżumę do Torunia, w Gdańsku rozpoczęły się gorączkowe przygotowania do odparcia niewidzialnego wroga.

Jeden z gdańskich lekarzy, Johann Christoph Gottwald, brał czynny udział w zwalczaniu choroby. Podczas tej nierównej walki zapłacił straszliwą cenę, ponieważ zaraza dostała się do jego domu i zabrała członków jego rodziny, jednak doktor Gottwald przeżył – i stał się autorem szczegółowej relacji z tego makabrycznego roku. W dzisiejszej Makabresce zajrzymy do niej i przekonamy się, jakie nieszczęście spadło na Polskę w 1709 roku.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Kopia-OSTATNI-KIELICH-WINA-W-JERUZALEM-1-1024x576.png

Nie zapomnij śledzić Makabresek na Spotify, Apple Podcast i wszędzie tam, gdzie słuchasz swoich ulubionych podcastów: YouTube , Spotify, Apple Podcasts, Google Podcasts, Facebook

Porządek na ulicach, paszporty epidemiczne i zakaz zabawy

Na początku gdańszczanie zadbali o…porządek na ulicach. Wierzono że miazmaty sprzyjające rozwojowi epidemii czają się przede wszystkim tam, gdzie brud i smród. Dlatego nakazano usunięcie z ulic gór gnojowych oraz uprzątnięcie skrzyń z nieczystościami, które stanowiły poprzedniczki współczesnych kubłów na śmieci. Wprowadzono również coś w rodzaju paszportów epidemicznych dla wszystkich, którzy chcieli przekroczyć miejskie bramy, zaś z gdańskich drukarni wychodziły zalecenia dotyczące zachowania w przypadku choroby. Oprócz tego zdecydowano usunąć się z miasta podejrzanych przybyszów z Litwy, Warmii, Mazur oraz Prus. Aby ograniczyć zagrożenie, zakazano również gier towarzyskich, zabaw oraz tańców.

Według niektórych, zwiastuny nadchodzącej katastrofy można było dostrzec jeszcze przed 1709 rokiem…aby się o tym przekonać, przyjrzyjmy się Gottwaldowi.

Rycina przedstawiająca doktora Gottwalda (F. C. Göbel za. M. Wernerinem). Źródło: Wikimedia Commons

Doktor Johann Christoph Gottwald był absolwentem Gimnazjum Akademickiego, zaś studenckie lata spędził w krajach niemieckich – między innymi w Lipsku i Rostoku. Po tym jak otrzymał godność doktora medycyny, gdańszczanin powrócił do swojego rodzinnego miasta, gdzie założył rodzinę i rozpoczął praktykę lekarską. Nieszczęście szybko dotknęło również dom Gottwaldów, ponieważ mór zabrał córkę lekarza – Renatę Konstancję.

Przebieg epidemii znamy dzięki relacji tego gdańskiego doktora, który spisał swoje wspomnienia oraz opublikował je w języku niemieckim w 1710 roku. Dwa lata później zostały one przetłumaczone na język angielski oraz wydrukowane w jednym z pierwszych międzynarodowych periodyków naukowych, czyli w angielskich Philosophical Transactions. Poniższe wycinki są przetłumaczone właśnie z tego wydania.

Według Gottwalda, już na rok przed właściwą epidemią można było zaobserwować pierwsze zwiastuny nadciągającej klęski. Niektórzy gdańszczanie odczuwali irracjonalny strach i napięcie, które były wzmagane przez inne znaki:

Zanim ta okropna katastrofa dotknęła nasze miasto, wielu ludzi było targanych wewnętrznym strachem, od którego nie można było uciec (…). Właściwym będzie wspomnieć o niezwyczajnych znakach, które można było zaobserwować przed nadejściem zarazy. Jednym z nich była niezwykła ilość pająków, która pojawiła się w mieście na rok przed zarazą – od jednego z wiejskich dozorców słyszałem, że gdy spojrzał na swojego pracownika, ten był cały pokryty tymi stworzeniami. To samo zjawisko, jako zwiastun morowego powietrza, było zauważane przez uczonego doktora Augusta Kwiryna Rivinusa. Ja również zauważyłem wiele pająków wokół własnego domostwa.

Czy rzeczywiście Gdańsk na rok przed plagą był oblegany przez pajęcze oddziały? Trudno dzisiaj stwierdzić czy obserwacje Gottwalda były całkowicie zgodne z prawdą, czy uczony bezwiednie przypisał tym często budzącym odrazę stworzeniom rolę zwiastunów plagi. W analogiczny sposób pisano w basenie Morza Śródziemnego o szarańczy, która miała pojawiać się przed epidemią. W połowie XIV wieku przed wybuchem wielkiej epidemii w Wiedniu również opisano zaskakująco dużą ilość pająków, myszy i wszelkiego rodzaju insektów. Niekiedy pająki obwiniano również o rozprzestrzenianie zarazy. Zresztą sam Gottwald powołuje się na współczesnego mu niemieckiego botanika Rivinusa, który potwierdził podobne zjawisko. Dalej gdański uczony doszukuje się innych znaków:

Wielki Mróz – najcięższa zima epoki nowożytnej

Zima przed rokiem zarazy była najmroźniejsza, odkąd ludzie sięgają pamięcią. Mróz pojawił się drugiego dnia świąt, i trzymał aż do Wielkiej Nocy; podczas tego okresu spadło tyle śniegu, że musieliśmy wynająć wiele wozów aby wywieźć go z ulic, w przeciwnym wypadku mógłby narobić wiele szkód (…)

Le lagon gelé en 1709„, Gabrielle Bella. Obraz przedstawia zamarzniętą Lagunę Wenecką. Źródło: Wikimedia Commons

W tym wypadku sprawa wygląda inaczej, ponieważ rzeczywiście zima 1708 r. była w Europie wyjątkowo ciężka – nazywano ją Wielkim Mrozem, a współcześni badacze stoją na stanowisku, że była to najcięższa zima w całej epoce nowożytnej. Według opowieści, Bałtyk można było przebyć konno, a na zamarzniętych kanałach Wenecji urządzano wyścigi łyżwiarskie. W wielu innych krajach pojawiało się to samo stwierdzenie co u Gottwalda – że nikt z żyjących nie pamięta tak srogiej zimy. Zarówno zima 1708, jak i 1709 roku były w Europie rekordowe pod względem chłodu. Siarczysty mróz zebrał na kontynencie równie krwawe żniwo – tysiące ludzi zmarło z wychłodzenia, podobnie jak zwierzęta domowe i gospodarskie. W Paryżu, odciętym przez mróz od reszty świata, zanotowano nawet przypadki kanibalizmu. Powody takiej zimy są wciąż zagadką zarówno dla historyków, jak i dla klimatologów. Podobne doniesienia zanotowano w Elblągu, również dotkniętym przez zarazę: ptaki miały zamarzać w locie, zaś jeziora całkowicie były skute lodem aż do samego dna. Nie można było również korzystać z miejskich studni, a żołnierze miejscy odmrozili sobie kończyny. Takie mrozy miały trwać aż do…maja!

Gdy zaraza zbliżała się do miasta, władze próbowały podejmować działania mające ochronić Gdańsk. Wydawano edykty zakazujące wstępu do miasta tym, którzy nie mogli udowodnić że są zdrowi – za złamanie tego prawa groziła nawet śmierć na podmiejskiej szubienicy. Specjalni urzędnicy miejscy zajmowali się sprawami higieny i zdrowia – oprócz kontroli wjeżdżających, sprzątano również ulice i nakazywano wyrzucenie nieczystości. Z drugiej jednak strony, nie zamknięto bram miejskich i nie zaprzestano handlu – jak gdyby rajcy bardziej niż zarazy bali się utraty potencjalnych zysków. Dlatego odbył się jarmark świętego Dominika, co przyczyniło się do zwycięstwa moru w mieście.

Dżuma w największym porcie Rzeczpospolitej

Pierwsze przypadki choroby pojawiły się na przedmieściach późną jesienią 1708 roku:

Zaraza na początku dotknęła przedmieścia, które leżą zaraz za murami (…) i które nazywają się Siedlce. Z tego miejsca plaga rozprzestrzeniła się w stronę wschodu i zachodu, do miasta, oraz zaatakowała ludzi mieszkających przy Nowych Ogrodach. Dotknęła również Stare Szkoty, Orunię i Świętego Wojciecha (…). Dalej mór ruszył na południe, wschód i północ do odległych miejsc, aż dotarł do otwartego morza, gdzie spustoszył ziemie należące do miasta.

Oprócz mających swoje korzenie jeszcze w średniowieczu starych szpitali (między innymi św. Elżbiety, św. Ducha, św. Barbary, Wszystkich Świętych Aniołów oraz szpitala zakaźnego, czyli lazaretu) otworzono dodatkowe placówki dla chorych. Zarażonym pomagali miejscy lekarze, którzy niejednokrotnie sami padali ofiarami choroby. Niestety, miejsca brakowało dla wszystkich chorych, dlatego wzniesiono dla nich prowizoryczne baraki przy miejskich fortyfikacjach. Niezarażonym mieszczanom zalecano unikanie kontaktu z innymi ludźmi – z tego powodu odwołano zajęcia w szkołach, w tym w Gimnazjum Akademickim. W ciągu kilku miesięcy trwania epidemii wstrzymywano się z prowadzeniem procesów sądowych oraz z zawieraniem ślubów. Co ciekawe, kilka miesięcy później nastąpił istny wybuch ślubów, związany również z dużą ilością wdów i wdowców po przejściu moru…

Gdańsk w połowie XVIII wieku. Karta z albumu widoków Gdańska M.Deischa. Źródło: Polona.pl

Pierwszym ogniskiem choroby w Gdańsku było Rębowo (Rammbau, obecnie rejon ulicy Krosna) na Starym Mieście, zamieszkiwane przez biedniejszą ludność.

Stworzono specjalne organy mające zajmować się walką z dżumą. Zostało w tym celu powołane specjalne Kolegium Zdrowia (Collegium Sanitatis), w skład którego wchodziło kilku komisarzy i reprezentantów Trzeciego Ordynku. Kontrolowali oni dostawy prowiantu dla chorych, aprowizację szpitali i bardziej ponure zadania – jak kwestie masowych pochówków. Chociaż umierali zarówno biedni, jak i bogaci, ci ostatni często wysyłali swoje rodziny do podmiejskich i wiejskich rezydencji, dzięki czemu zwiększali ich szansę na przeżycie. Tysiące biednych grzebano w masowych grobach, na prędce wykopanych poza bramami miasta. Jednocześnie jednak dla bogatszych ofiar epidemii nie zrezygnowano z pochówków wewnątrz świątyń.

Gottwald tak opisał tamten okres:

Do końca sierpnia zaraza rozpleniła się niemal w całym mieście. Dołożono wszelkich starań: aby ulżyć najbiedniejszym (których w mieście jest niemała liczba) za pomocą pożywienia oraz leków, aby trzymać ulice oraz domy w czystości, aby ograniczyć kontakt z zarażonymi, oraz aby grzebać zmarłych od razu, w miejscach do tego wyznaczonych (…)

Oprócz tego, otworzono Domy Zarazy (Pesthouses, czyli szpitale dla chorych zakaźnie), wyposażone we wszelkie niezbędne środki, łącznie z dozorcami oraz służbą. Aby pokryć te wydatki zebrano dużą sumę pieniędzy. (…) Wozy i dwukółki krążyły po mieście od rana do późnej nocy – te pierwsze do przewożenia zwłok, drugie zaś do przewożenia chorych do szpitali.

Jakie były zwiastuny zarazy? Śmierdząca mgła…i niebieska kula światła

Doktor Gottwald zauważył również wiele znaków obecności dżumy w mieście:

11 sierpnia o dwunastej w południe zauważyłem śmierdzącą mgłę, która wyglądała jak gęsta chmura (…). Wróciła o godzinie szesnastej z północnego zachodu, tak gęsta, że przesłoniła światło słoneczne i zasłaniała wzrok. Nie była niebieska czy szara, jak zwykła mgła, ale czarno-żółta (…).

Drugi znak zepsucia grasującego w powietrzu pojawił się na początku października. Była to niebieska kula, która przybyła z północnego zachodu, około jedenastej wieczorem, i wystrzeliła w stronę miasta jak strzała wypuszczona z cięciwy tak, że wydawało się iż upadła gdzieś na południe od miasta. W ciągu swojego lotu wydzielała z siebie intensywne światło nad dachami domów, co widziałem ja sam, wielu innych świadków, i co było przekazane władzom miejskich przez żołnierzy pełniących wartę tej nocy. (…)

Trzecim znakiem zarazy w powietrzu (…) była obserwacja uczonego doktora Samuela Schelwiga – w lipcu wrony, kawki, wróble oraz inne ptaki, które powszechnie występowały zarówno w mieście jak i w ogrodach, wszystkie uciekły, i nie było ich widać aż do listopada. To samo zjawisko dotyczyło bocianów i jaskółek, a ja mogę poświadczyć, że nie widziałem żadnych z tych ptaków przez te cztery miesiące.

Cyrulicy na pierwszym froncie walki z zarazą

Podczas epidemii w 1709 roku nieocenioną rolę odegrali chirurdzy. Chirurdzy i balwierze (cyrulicy) posiadali swój cech, ponieważ ich fach bardziej przynależał do świata rzemiosła niż medycyny – chociaż posiadali niemałą wiedzę w tym zakresie, zwłaszcza, co nie dziwi, z dziedziny anatomii.

Muszę jeszcze wspomnieć o trzecim fundamencie leczenia, czyli o chirurgii. Ta sztuka okazała się dla nas wielką ulgą. W obliczu braku lekarza i konieczności radzenia sobie z zarazą, często chirurg musiał wykazać się największymi umiejętnościami – i w istocie mieliśmy wielu umiejętnych i oddanych chirurgów, którzy pomagali w przygotowaniu medykamentów. Wielu z nich w ciężkim boju z chorobą straciło życie. Jednak to niesamowite jak wielu zwykłych ludzi (nawet tych z dymienicami o karbunkułami) udało się wyleczyć.

Podczas epidemii wszyscy gdańscy chirurdzy mieli pełne ręce roboty. Krążyli między szpitalami, przytułkami i domami zarażonych; dawali też dyspozycje swoim czeladnikom i posłańcom, którzy dostarczali leki chorym. To właśnie chirurdzy – a nie lekarze – byli pierwszą linią obrony, oni również wykonywali najgorszą część pracy. Co więcej, lekarze często odznaczali się tchórzostwem – leczyli jedynie najbogatszych mieszkańców za duże pieniądze lub uciekali z miasta.

Symptomy dżumy i sposoby walki z chorobą

Dżuma była utożsamiana z zatrutym powietrzem. Ta straszliwa choroba zbierała okrutne żniwo, a jej przejście było dla społeczności wielką traumą. Epidemii towarzyszył strach, histeria i niezwyczajne zachowania ludzi. Samo wystąpienie objawów mogło wywołać różne reakcje – od euforii i szaleńczej ucieczki w zabawę i alkohol, do depresji, histerii i załamania nerwowego.

Zapełnianie masowego grobu podczas epidemi 1665 roku w Londynie. Źródło: www.sciencephoto.com

W pierwszej fazie choroby pojawiała się wysoka gorączka i ból głowy oraz mięśni. Szybko pojawiały się pierwsze zmiany skórne, które puchnęły w bolesny sposób i ropiały. Jak można się domyślić, podczas epidemii w mieście musiał panować smród ciężki do opisania – mieszała się ze sobą woń zwłok, krwi, potu i wydzielin. Gottwald opisał zaobserwowane symptomy choroby:

Dymienice, które są pierwszymi z zewnętrznych oznak dżumy, znajdują się głęboko w skórze, i z początku są twarde, nieruchome i okrągłe. Później rosną i można je poruszyć. Na wierzchu nie wyglądają na czerwone, dopóki nie dojrzeją. Zazwyczaj dymienice pojawiają się na pachwinach oraz w okolicach pach i szyi. Większości towarzyszy agresywny, przekłuwający ból oraz inne wewnętrzne symptomy, takie jak ból głowy i pleców, naprzemienne fale zimna i gorąca, niepokój, omdlenia i często również nieznośne wymioty (…).

Czyraki różnią się od dymienic, że pojawiają się w bardziej umięśnionych częściach – najczęściej w liczbie pięciu, siedmiu lub dziewięciu. Czasami są czerwone i napuchają bardziej niż dymienice. Powodują bardzo intensywny ból, który skutecznie zaburza spokój pacjenta. Inne symptomy są podobne do dymienic, i zawsze występują z gorączką i bólem w brzuchu i plecach.

Karbunkuły oraz pęcherze są bardziej zgubne i występują w przeróżnych rodzajach: mogę zaręczyć, że raz zauważone i poddane obserwacji, było możliwe opisanie wśród nich wielu dziwnych kształtów i gatunków. (…) Wszystkie karbunkuły są głęboko zakorzenione i na początku bardzo mocno pieką. Inne symptomy występujące wraz z nimi są bardzo nieprzyjemne: zmęczenie, majaczenia, utrata sił, ból głowy i pleców, niepokój, płonące trzewia, pragnienie etc. (…)

Wybroczyny czyli te złośliwe miejsca, które występują w chorobie, są dobrze znane i bardzo niebezpieczne. Podczas zarazy zaobserwowałem cztery osobne gatunki wybroczyn. (…) We wszystkich objawami są bóle w lędźwiach i głowie, wymioty, biegunki, palpitacje serca, napady lęku, omdlenia, dreszcze obejmujące całe ciało, majaczenia, epilepsje, letarg, oblicze Hipokratesa, krwawienie z nosa oraz nadmiernie miesięczne krwawienie. W skrócie, objawy są tak liczne i różne, że nie sposób zaobserwować je wszystkie. (…)

Jak prawdziwy lekarz, Gottwald miał swoją ugruntowaną opinię na temat leczenia dżumy – lub łagodzenia jej objawów. Za bardzo ważną część uważał odpowiednią dietę. Z irytacją stwierdził, że nie wszyscy chcieli stosować się do jego zaleceń:

Najpowszechniejsza brandy była odradzana i zakazana, zamiast tego zalecało się francuską brandy, która przynosiła wielkie korzyści: przynosi ulgę od strachu i niepokoju (…) Domowe zioła, owoce z ogrodów i inne rośliny, które powodują wzdęcia, a także mocno solone i marynowane mięsa, były niedozwolone, ale ludzie nie przejmowali się tym za bardzo, oprócz garstki najostrożniejszych (…). Wielu wybrało również, martwiąc się o powietrze, życie na wsi zamiast w mieście.

Zatem jakie lekarstwa i specyfiki zalecał Gottwald?

Wśród nieskomplikowanych leków stosowanych doustnie, które wielce szanowano, były: dzięgiel chiński (Radix Angelicae), kalamus (Calamus Aromaticus), mirra czerwona (Murrha rubra), siarka (Suplhur), saletra (Nitrum), ruta (Ruta) i tym podobne.

Z leków bardziej skomplikowanych prym wiodły: driakiew, różne medykamenty z octu morowego, kołaczyki, różne proszki, nie wyłączając prochu strzelniczego. Niektórzy wytrwale pili własny mocz; jak im to pomagało, jakie czerpali z tego korzyści, najlepiej wiedzieli oni sami (…) Ci [lekarze] którzy byli zobowiązani do częstego kontaktu ze swoimi pacjentami, robili użytek z octu przygotowanego na tę właśnie okoliczność, a którego zapachem przesiąkali.(…)

Rycina Samuela Donneta z 1709 roku, przedstawiająca dżumę w Gdańsku. Źródło: polona.pl

Na wielu rycinach ilustrujących czas epidemii pojawia się znajomy motyw – ludzie palący fajkę. Wielu wierzyło że dym może odpędzić złe powietrze. Inni palili fajki aby chociaż odrobinę złagodzić smród:

Aby pozbyć się niemiłego zapachu, który często unosił się w komnatach chorych, okadzaliśmy pomieszczenia jałowcem, octem, różnymi proszkami, świecami a przede wszystkim czarnym prochem – ten ostatni musi być potraktowany z największą ostrożnością. Najcześciej mieszałem czerwoną mirrę z saletrą gotowaną w occie, i kazałem rozlewać miksturę na rozgrzany kafel, aby opary rozeszły się po całym wnętrzu.

Zaraza grasowała przez pół roku, zabierając ze sobą prawie 25 tysięcy gdańszczan. Dżuma zmieniła miasto. Z czasem na wyludnionych ulicach pojawiali się nowi przybysze z całej Europy, szukający szczęścia i nowego życia w wielkim porcie Bałtyku. Nigdy wcześniej – ani nigdy później – tak straszliwa epidemia nie dotknęła Gdańska. Wraz z licznymi wojnami, zaraza była jednym z objawów powolnego upadku znaczenia miasta, które nigdy nie wróciło do czasów swojej największej chwały.

Nie zapomnij śledzić Makabresek na Spotify, Apple Podcast i wszędzie tam, gdzie słuchasz swoich ulubionych podcastów: YouTube , Spotify, Apple Podcasts, Google Podcasts, Facebook

2 thoughts on “Odcinek #12 Potworna epidemia 1709 roku

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *