Odcinek #7 Niezwykła historia Łazarza Colloredo

Odcinek #7 Niezwykła historia Łazarza Colloredo

Ludzką fascynację wzbudza wszystko, co dziwaczne i odbiegające od znanych nam standardów rzeczywistości. Złamana noga, wykrzywiona w nienaturalny sposób. Dwugłowe zwierzęta. Zgniecione samochody w wypadku na autostradzie. Grad wielkości dużych piłek.

Wszystkim tym odchyleniom od normy przypatrujemy się z bezpiecznej odległości. Ten bufor jest nam potrzebny, ponieważ podskórnie obawiamy się, że tą innością możemy w jakiś sposób się zarazić. Nie chcemy dziwności w swoim życiu, ale chętnie przyglądamy się jej z daleka. Za tę przyjemność wielu jest w stanie zapłacić.

To właśnie było fundamentem komercyjnego sukcesu pokazów ludzkich osobliwości – freak shows – w XIX-wiecznej Ameryce. Objazdowe trupy za pieniądze prezentowały chętnym ludzi z niepełnosprawnościami bądź rzadkimi schorzeniami. Wszystko było podlane sosem niewiarygodnych plotek, kłamstw i legend, mających zwiększyć zainteresowanie publiczności. Wielu ludzi godzących się na występy w pokazach osobliwości było wykorzystywanych przez zarządców i nie otrzymywało za swoje występy odpowiedniej zapłaty. Z drugiej strony, niektóre gwiazdy takich pokazów dorobiły się dzięki udziałowi w nich wielkich fortun. Jedną z takich osób był kapitan George Costentenus, o osobliwości którego stanowiło kilkaset tatuaży pokrywających jego ciało.

Jednak wspomniane zjawisko, chociaż swój rozkwit miało właśnie w XIX wieku, nie było wówczas niczym nowym, na co dowody odnajdziemy dziś w dawnym Gdańsku, największym mieście ówczesnej Rzeczpospolitej.

Nie zapomnij śledzić Makabresek na Spotify, Apple Podcast i wszędzie tam, gdzie słuchasz swoich ulubionych podcastów: YouTube , Spotify, Apple Podcasts, Google Podcasts, Facebook

Z ludzkiej żądzy rozrywki doskonale zdawała sobie sprawę Elizabetha Simsone, która ze swojej odmienności uczyniła sposób na przetrwanie. Podczas jarmarku świętego Dominika w 1617 roku “była tu jedna dziewczyna, której natura nie dała rąk i nóg. Stworzenie to pisało bardzo pięknie ustami i nawet moje nazwisko zostało w ten sposób uwiecznione. Ponadto nawlekała igłę również ustami i w ten sam sposób taką uplotła koronkę, jak gdyby miała dwie zdrowe ręce”. Wspomnienie to należało do Mártona Csombora, węgierskiego podróżnika, który swoje losy opisał w książce Europica Varietas. W Gdańsku Csombor przebywał krótko – po krótkim epizodzie nauki w Gimnazjum Akademickim wiedziony ciekawością Węgier ruszył w dalszą podróż.

Wspomniana Elizabetha potrafiła swoją niepełnosprawność przekuć w formę zarobku. Zdołała uniknąć losu wielu innych, których wyjątkowość wyrzucała poza normalne funkcjonowanie w ramach lokalnej społeczności.

Czas i miejsce, w którym znajdujemy Elizabethę, są kluczowe – jarmark był świętem nienormalności, przesytu i obfitości, podczas którego można było nasycić się widokiem najcudaczniejszych rzeczy i ludzi, którzy przyjeżdżali do Gdańska ze wszystkich stron świata.

Cuda na jarmarku świętego Dominika

Targ Węglowy w Gdańsku na przełomie XVI i XVII wieku. Źródło: Riksarkivet

Podobnie było w 1642 roku. Wraz z początkiem sierpnia nad Motławą zaczynał się wielki jarmark. Ulice wypełniły się kakofonią dźwięków i zapachów. Codzienny miejski smród był spotęgowany kilkukrotnie. W powietrzu łączyły się ze sobą pokrzykiwania kupców, szum prowadzonych rozmów i porykiwania zwierząt hodowlanych.

Przestrzeń między budynkami była wypełniona pulsującą, ludzką masą, w której znalazło się miejsce zarówno dla mieszczan, jak i dla poirytowanych zgiełkiem szlachciców z podgolonymi czuprynami i obowiązkowymi wąsami; dla żydowskich faktorów wysyłanych przez magnatów, a takze przerażonych chłopów i wszelkiej maści podróżników, awanturników oraz poszukiwaczy przygód. Tak jakby w magiczny sposób melodia wybijana uroczyście 5 sierpnia w kościele Mariackim, zmniejszała całą Rzeczpospolitą i wtłaczała ją do formy Gdańska.

Podczas trwania jarmarku św. Dominika, serce miasta znajdowało się na Targu Węglowym. Tłum kłębił się między budami i straganami, a ludzie targowali się w dziesiątkach języków, pochylając się nad wyrobami lokalnego i obcego rzemiosła. Tutaj można było kupić najlepsze meble, skrzynie, naczynia, beczki, powrozy. Dbający o modę mogli zaopatrzyć się w nowe ubrania, wyroby skórzane oraz kapelusze. Spragnieni ostrzejszych wrażeń mogli zaopatrzyć się w noże oraz gwoździe.

Ręce zacierali również piekarze, ciastkarze oraz browarnicy. Wypieki znikały w brzuchach wygłodniałych kupców i nabywców, zapijane prawdziwym morzem dobrego, jopejskiego piwa. Ci, którzy byli spragnieni dalszych zabaw i hulanek, sięgali po gdańskie wódki i miody, przywiezione z głębi kraju.

Jarmark miał też swoją inną stronę. Tutaj, w miejscu gdzie łączyła się Północ z Południem, zaś Wschód mieszał się Zachodem, łatwiej było o ferment myśli. Nie dość że Gdańsk był prężnie działającym ośrodkiem drukarstwa, to można było tutaj kupić wiele ksiąg, przypływających na pokładach statków z Anglii, Niderlandów czy Francji. Łatwiej było dowiedzieć się, co słychać w szerokim świecie – wystarczyło przejść się do tętniącego życiem i pracą portu, lub do jednej z licznych gospód. Najbardziej zamożni po nowinki ruszali wprost do Dworu Artusa, gdzie podczas jarmarku dzień i noc mieszały się ze sobą tak, że trudno było stwierdzić które jest którym.

Wśród tych, którzy z chęcią opowiadali swoje rozliczne przygody, z pewnością znalazł się dobrze już nam znany Peter Mundy. Ten angielski kupiec swoimi podróżami mógł obdzielić całe zastępy innych mieszczan; odwiedził Japonię, Chiny, Indie oraz pachnący przyprawami Konstantynopol. Na kilka lat osiadł także w Gdańsku, który miał opuścić dopiero w lipcu 1647 na pokładzie lubeckiego statku Prorok Daniel.

Nie zachowała się żadna podobizna Petera Mundy’ego. Po lekturze jego licznych przygód, wyobrażamy go sobie na wzór angielskich kapitanów i odkrywców Kompanii Wschodnioindyjskiej : długie włosy opadają na koronkowy kołnierzyk, a w kąciku ust nieustannie czai się niedowierzający uśmieszek.

W 1642 roku Mundy był mężczyzną czterdziestopięcioletnim. Kiedy przechadzał się zatłoczonymi uliczkami, wśród sprzedawców, przekupek i tysiąca bodźców, w pamięci po raz kolejny przywoływał smaki i zapachy Wenecji, Konstantynopola, miast Hiszpanii oraz Francji. W pewnym momencie z zamyślenia wyrwał go gęstniejący przed nim tłum.

Tłum składający się z dziesiątek osób, ciasnym połkolem otaczał stojącą w cenrum grupę kilkorga ludzi. Jeden z nich trzymał portret. Mundy odszedł nieco na bok i wspiął się na murek, aby mieć lepszy widok. Na obrazie znajdował się młody człowiek, podpierający się jedna ręką o swój bok. Był ubrany według dworskich wzorów mody. Na kołnierz opadały mu długie, falujące włosy, a ozdobą przyjemnej twarzy był wąs oraz spiczasta bródka.

W miejscu gdzie powinien znajdować się brzuch, poły płaszcza były odsłonięte niczym kotary w teatrze. Z wnętrza wystawał człowiek. Wygięte w łuk zdeformowane ciało zwisało bezwładnie, głowa kołysała się brodą do góry, a prawa, wykoślawiona ręka była podtrzymywana przez wolną dłoń portretowanego mężczyzny.

Tego samego, który teraz stał na Targu Węglowym. Spore wybrzuszenie z przodu jego sylwetki było zakryte materiałem. Blondyn krzyczał coś do zgromadzonego tłumu, naprzemiennie pokazując na portret oraz na siebie, i zachęcał gestami do podejścia bliżej. Drugi z jego służących zaczął krążyć dookoła, zbierając pieniądze.

Łazarz i Jan Baptysta Colloredowie w Gdańsku

“POTWORNE LUB CUDOWNE NARODZINY” – zatytułuje później Mundy w swoim pamiętniku ustęp, który poświęcił temu wydarzeniu. “Podczas mojego pobytu w mieście przybył tam niejaki Łazarz Collaretto, Włoch urodzony w Genoi, dobrze zbudowany, młody mężczyzna, który miał żyjące, oddychające dziecko wyrastające z jednej strony jego brzucha, mające głowę, ręce, stopy itp. ludzkiego kształtu, chociaż zdeformowane; niesamowity widok! Był tu już kiedyś, podobnie jak w Anglii, Szkocji, Francji i Hiszpanii, i umiał posługiwać się językami wszystkich tych krajów. Stąd pomaszerował dalej w głąb Polski, a stamtąd zamierzał dostać się do Turcji. Przybył tutaj z okazji wielkiego jarmarku św. Dominika, który się tutaj odbywał, ale zakazano mu się pokazywać, a to z powodu przekonania, że ten widok mógłby zaszkodzić zamężnych kobietom (zwłaszcza tym młodszym) przez zbyt wielki przestrach lub jego wyobrażenie”.

Odmalowana wcześniej scena na Targu Węglowym jest prawdopodobna, ponieważ ten sposób działania Łazarza opisał kilka lat później Thomas Bartholin, duński anatom.

Rycina z epoki przedstawiająca Łazarza i Jana Baptystę Colloredów. Przedruk w „The gentleman’s magazine””, 1777 r. Źródło: archive.org

Łazarz Colloredo, o którym mowa, rzeczywiście wędrował wszędzie ze swoim zrośniętym bratem bliźniakiem, któremu na chrzcie nadano imię Jana Baptysty. Urodzili się 20 marca 1617 roku w Genui, w domu Baptisty oraz Pellegriny. Przerażeni rodzice wezwali doktora Augusta Pinceta, który przebadał całą rodzinę (dorośli: zdrowi, Łazarz: zdrowy, ssał mleko matki i załatwiał się, Jan Baptysta: szczątkowo reagował na zewnętrzne bodźce). Wbrew wszystkim przewidywaniom, dzieci przeżyły, a Łazarz wyrósł na przystojnego i bystrego młodego mężczyznę – nas stałe zrośniętego jednak ze swoim własnym bratem. Gdy byli w Rzymie, spotkał ich Dr. Paolo Zacchia, który opisał Jana Baptystę jako pozbawionego świadomości, ale poruszającego kończynami; z ust leciała mu piana.

Łazarz rozpoczął życie wędrowca świadomego swojej inności, którą przekuł na towar do sprzedania. Zaczął podróżować po całej Europie, stając zarówno przed koronowanymi głowami (np. przed królem Karolem I i królową Henriettą w Londynie), jak i przed wiedzionymi ciekawością uczonymi.

W Paryżu Łazarz spotkał się z Henrim Sauvalem, historykiem i autorem rękopisu Paris ancien et moderne na podstawie licznych paryskich archiwaliów, wydanego dopiero 48 lat po jego śmierci, w 1724 roku, jako Histoire et recherches des antiquites de la ville de Paris. W swoim dziele opisał spotkanie z Colloredami. Obaj byli blondwłosi, a więc w oczach paryżanina niepodobni do Włochów, ale zdeformowany z braci miał zbyt duże zęby, a z ust wypływała ślina i cuchnący oddech.

Łazarz był w pełni sprawny fizycznie, o czym Sauval przekonał się poprzez eksperyment: Jan Baptysta został przywiązany do ciała brata, który był w stanie skutecznie zagrać w piłkę. Genueńczyk przekazał też francuskiemu historykowi anegdotę ze swojej przeszłości: pewien mężczyzna prowokował go w gospodzie, więc zdenerwowany Łazarz uderzył go w głowę i zabił. Chociaż skazano go na śmierć, nie można było wykonać wyroku, ponieważ Łazarz argumentował, że zabitoby jednocześnie niewinną osobę.

Ostatnie lata niezwykłej pary

W późniejszym czasie Łazarz odwiedził Anglię, i właśnie po tamtej wizycie wyruszył do Gdańska, gdzie wystąpił na jarmarku św. Dominika. Kilka lat później znalazł się w Kopenhadze, gdzie duński anatom Thomas Bartholin napisał:

“Widziałem, pełen zdumienia, Łazarza Colloredo, 28-letniego genueńczyka (…). Ten Łazarz narodził się z młodszym bratem, który wyrastał mu z piersi i przylegał na wysokości wyrostka mieczykowatego. Młodszy brat miał lewą nogę i stopę; dwie ręce, ale jedynie po trzy palce na każdej dłoni. Gdy nacisnęło się jego klatkę, ruszał rękami, uszami oraz wargami. Nie otrzymywał żadnego pożywienia oprócz tego dostarczanego z ciała jego starszego brata Łazarza (…). Oboje mieli brody, jednak ta Łazarza była zadbana i czysta, zaś jego brata zostawiona samopas”.

Ostatnie informacje o Łazarzu i Janie Baptyście pochodzą z ich podróży do Włoch w 1646 roku. Niestety nie wiemy, czy zniknęli z kart historii z powodu śmierci czy wycofania się z podróżowania po całej Europie. Być może zarobione pieniądze Łazarz wydał na osiedlenie się w jednym miejscu i spokojne życie ziemianina? Być może wziął nawet ślub i miał kilkoro dzieci. Pamięć o braciach Colloredo przetrwała w licznych wierszach, listach i relacjach z epoki.

Na całe szczęście, dzisiaj już nie doświadczymy cyrków, które proponują za pieniądze występy chorych i niepełnosprawnych. Jednak to nie oznacza, że jesteśmy wolni od tego typu niebezpieczeństw. Dzisiaj jednak narzędziem dla takich ludzi jest powszechny dostęp do internetu oraz pozorna anonimowość.

W sierpniu, wybierając się na gdański jarmark św. Dominika, możemy sobie wyobrazić jak to miejsce wyglądało przed wiekami. Chociaż dzisiaj uliczkami miasta nie przechadza się już Łazarz Colloredo, mężczyzna który przekuł swoją odmienność w największy atut, wciąż jest to miejsce fantastycznych dziwów, aromatów i zapachów z całego świata.

Ten odcinek Makabresek został przygotowany i zrealizowany przez Alicję i Michała Ślubowskich. Po więcej informacji związanych z podcastem odwiedź naszą stronę internetową – www.makabreski.pl oraz profil na Facebooku. Na naszej stronie internetowej znajdziesz transkrypcję odcinka oraz literaturę dla chcących wiedzieć więcej. Nie zapomnij śledzić Makabresek na Spotify, Apple Podcast i wszędzie tam, gdzie słuchasz swoich ulubionych podcastów. Makabreski są objęte patronatem portalu Historykon.pl

Nie zapomnij śledzić Makabresek na Spotify, Apple Podcast i wszędzie tam, gdzie słuchasz swoich ulubionych podcastów: YouTube , Spotify, Apple Podcasts, Google Podcasts, Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *